
W poszukiwaniu jesiennych sów na rynku Jeżyckim odesłano mnie na stoisko pani Krystyny. Nie wiedziałam wtedy, że oprócz grzybów znajdę też ciekawą kobietę.
Może macie więcej szczęścia z tymi jesiennymi smakołykami, ale jakoś nie udało się mi trafić na kanie. Przyznam, że grzybiarz ze mnie żaden, więc grzybów szukam w sprawdzonym miejscu – na rynku Jeżyckim. I kiedy okazało się, że nawet tutaj nie mam co liczyć na sowy, ktoś z kupujących rzucił, że są jeszcze na stoisku w głębi rynku.
Kiedy tam dotarłam, została już tylko jedna kania.
– Niech Pani ją weźmie – zachęciła mnie sprzedawczyni.
– Ale tak nie wypada…
– Niech Pani bierze – uśmiechnęła się serdecznie.

I tak poznałam panią Krystynę i jej męża Zdzisława, którzy na rynku Jeżyckim handlują od 40 lat. Grzyby na ich stoisku zbierają sami. Mają też własne jajka, warzywa i pyszne owoce z sadu. Mają też coś jeszcze… Bardzo wiernych klientów. Zwłaszcza młodzież.
– Powiem Pani, że przywiązujemy wagę do kwestii ekologicznych i mamy takie pudełka do zwrotu, więc przyzwyczailiśmy klientów, żeby je przynosili, kiedy przychodzą do nas na zakupy. I to działa – z dumą opowiada pani Krystyna. – Mamy naprawdę cudowną młodzież, która to rozumie. Czasem jak zapomną, to ja wtedy mówię groźnie: I co, nagana będzie? Albo sami z daleka pokazują pudełka i wołają: Proszę pani, dzisiaj to pochwała się należy – śmieje się kobieta.
Mąż pani Krystyny pochodzi z okolic Poznania, jej ojciec urodził się na Świcie, a dziadek na Cytadeli. I jak przyznaje sprzedawczyni, tradycje poznańskości, w tym lokalny i nie tylko patriotyzm od zawsze były bliskie jej rodzinie. Jeden z krewnych zginął w Katyniu, inni walczyli w powstaniu wielkopolskim.
Poznańskość to nie jest tylko mit. Teraz oni „walczą”, codziennie z uporem, ale i z uśmiechem o środowisko na swoim jeżyckim straganie. Kiedy nagle obok mnie pojawiają się klientki i wyciągają pudełka od pani Krysi, wiem, że to ma sens.
– Bo wie pani, to trochę jak z tym powiedzeniem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” – mówi pani Krystyna – Jak jesteśmy w porządku, uprzejmi i bez uprzedzeń, to inni też będą wobec nas w porządku, uprzejmi i bez uprzedzeń.

Na tym samym rynku, kilka stoisk dalej handluje pani Małgosia. Ona bywa na rynku od czasu do czasu, ale jak już jest, to przywozi ze sobą prawdziwe skarby.
– To takie zajęcie dodatkowe – mówi pani Małgosia. – Zaczęłam robić dżemy, konfitury. Najpierw wydawałam po znajomych, teram mam już swoich klientów.
Pewnie jakiś czas temu pani Małgorzata nie przypuszczała, że własne zaprawy będą jej zajęciem. Z mężem przez wiele lat mieszkali na Cyprze, ale nawet w raju zrobiło się za gorąco i małżeństwo zaczęło zastanawiać się nad przeprowadzką. Mąż, Anglik z pochodzenia, chciał ją zabrać do Anglii, ale ona uparła się na Polskę – nigdzie indziej nie chciała. I choć pochodzi z Wrocławia, to właśnie Poznań i jego okolice stały się ich domem.
I wtedy stało się najgorsze – jej mąż zmarł, a ona – jak przyznaje – załamała się. Wtedy jej synowa podsunęła jej pomysł: może zapisze się na zajęcia w kole gospodyń wiejskich. I to było to!
– Przypomniałam sobie, jak chodziłam z babcią na jagody – opowiada pani Małgosia. – Robiłyśmy konfitury, dżemy. W kole gospodyń to wróciło, nauczyłam się wielu pożytecznych rzeczy i odzyskałam radość życia.
I to widać w każdym słoiczku z naturalnymi lekarstwami znanymi od pokoleń: malinowe musy, dżemy jagodowe, konfitury z jagód leśnych i brzoskwini, syropy z lawendy czy hyćki i wiele innych… A każdy pieczołowicie opatulony serwetką z gumką.
A gdyby tego było mało, to na stoisku pani Małogorzaty można podziwiać (i kupować, oczywiście) ozdoby, zawieszki czy bomki własnej roboty i zawsze uśmiechniętą i pełną werwy sprzedawczynię.
– Robię, robię, robię i jak coś mam, to przyjadę sprzedać – opowiada pani Małgosia. – Ale żeby coś zrobić, trzeba w to włożyć dużo serca.
Z rynku wyszłam z kurkami od pani Krystyny i syropem z hyćki pani Małgosi. Można być poznaniakiem z urodzenia lub z zamiłowania, ale zawsze…
Poznaniak jest gospodarny, tej!




